A może ona nie jest toksyczna i to wszystko moja wina?

Jednym z najważniejszych pytań zadawanych sobie podczas rekonwalescencji po toksycznym związku jest: „Czy moja partnerka naprawdę była toksyczna?” Byłe ofiary przemocy emocjonalnej zadają sobie to pytanie cały czas, gdyż dla większości z nich jedyną alternatywą jest przyjęcie bolesnego punktu widzenia toksyczki: „Jesteś chory, zazdrosny, przewrażliwiony, nieatrakcyjny, niechciany.” W ten sposób nieustannie przeskakują pomiędzy dwoma realnościami: zły ja – zła ona. O ile wierzę, że wiedza o specyfice zaburzeń osobowości jest kluczowa dla procesu zdrowienia (zwłaszcza na początku, gdy odseparujemy się od źródła toksyny i zaczynamy stosować zasadę zerowego kontaktu), o tyle myślę też, że ewentualne uwolnienie się od opisanego dualizmu jest źródłem olbrzymiej siły wewnętrznej.

Podczas toksycznej relacji stało się w jakiś dziwny sposób tak, że twoje poczucie własnej wartości opierało się na kimś, kto był zły. Powoli zmieniała się twoja osobowość, często analizowałeś i osądzałeś siebie i innych będąc nieustannie sfrustrowanym tym, że ludzie (włączając w to ciebie) nie zachowują się w sposób „oczekiwany”. Pewnie coraz bardziej dostrajałeś swoje zachowanie do wygórowanych oczekiwań partnerki, a wszystko po to, by nie tylko jej, ale przede wszystkim samemu sobie udowodnić, że jesteś w porządku. Wewnątrz wciąż jednak słyszałeś ten dręczący głos: „A co, jeśli to wszystko twoja wina?„. Głos, który zmuszał do zwiększania wysiłków, próbowania jeszcze raz, jeszcze mocniej, by kiedyś tam znaleźć ukojenie i okazać się znowu miłym i dobrym.

Niedawno zacząłem praktykować przebaczanie, choć zrazu wydało mi się ono bardzo nienaturalne. Oprócz tego, że zaczęło ono trochę zmiękczać moje serce, na powierzchnię mojego umysłu zaczęło wypływać bardzo wiele naprawdę nieprzyjemnych odczuć. Poczułem się, jakbym wrócił do przeszłości. Pozbawiony mojej kamizelki ochronnej „zła ona”, zacząłem znowu myśleć „zły ja”. W pierwszej chwili desperacko chciałem to wszystko naprawić wracając do mojego chaosu i komfortu, jednak tym razem postanowiłem dopuścić te uczucia do głosu nie zważając na to, jak są okropne. Zadałem sobie pytanie: „Co właściwie czułbym, gdyby nie było „złej jej?” Nie robiłem tego, by zaklinać rzeczywistość i udawać, że toksyczka była miłą istotą, lecz po prostu pytałem swoje ciało, co czułoby bez pancerza zbudowanego z przypisania winy toksyczce. W ciągu kolejnych miesięcy odkryłem odpowiedź: wszechogarniający wstyd, poczucie bezwartościowości, winę, niedoskonałość, samopotępienie i zazdrość. Wszystko w ilościach – wydawało się – nie do zniesienia. A pod tym wszystkim olbrzymie pokłady poczucia, że jest się mało wartościowym. Tu dochodzimy do sedna problemu: poczucie „bycia złym” tkwiło w moim ciele niezależnie od tego, czy toksyczka była faktycznie zła czy też nie. Jeśli więc obwinianie jej nie uleczyłoby mnie, co byłoby dobrym lekarstwem?

Dokonałem niesamowitego odkrycia: kiedy całkowicie otworzymy się na ból i strach, zaczyna w nas rozwijać się proporcjonalna ilość miłości, która scala wszystko. Na początku jest to uczucie przytłaczające i stan ten może się utrzymywać dość długo, lecz gdy zdasz sobie sprawę ze swojego cierpienia, miłość przychodzi. Może rodzi się ona w tobie, a może bierze się z czegoś większego, nie jest karmiona twoim ego i nie ma absolutnie nic wspólnego z byciem dobrym albo złym? Nie wiem, po prostu patrz na siebie jak na istotę ludzką łaknącą miłości i życzliwości. Niczego nie musisz udowadniać. W tym procesie nie pytamy siebie udając, że „nie było tak źle”, za to potwierdzamy i obejmujemy w sobie ból odrzucenia, porzucenia i przemocy. Zastępujemy stary program „za mało” programem miłości i dobra.

Tak wielu z nas zrobiło wiele dziwnych rzeczy w trakcie swoich związków. Zdradziliśmy własne wartości i zasady. Oczywiste jest, że postępowaliśmy dziwnie napotkawszy na swej drodze toksyczki, lecz to w żaden sposób nie zmniejszyło naszego wstydu. Oczywiście, taka postawa pomogła mojemu ego zracjonalizować moje zachowania, lecz nie zmieniła dojmującego odczucia, że „jestem beznadziejny”. Tylko nowo zrodzona miłość jest w stanie nas zmienić. Każdy z nas zasługuje na to, by w głębi swego serca i mocą swego ducha znaleźć poczucie bezwarunkowej miłości i samowybaczenia. Pytanie o prawdziwą naturę toksyczki, czy była ona naprawdę toksyczna, przestaje mieć wówczas jakiekolwiek znaczenie, skoro zaczęliśmy kochać siebie niezależnie od okoliczności. Kiedyś bałem się, że gdy przestanę toksyczkę obarczać winą pomyślę: „A może ona naprawdę była idealna?” albo „Chcę do niej wrócić”, lecz narodziny miłości do siebie oczyściły mnie z tych strachów. Zdrowa, czysta miłość, która rodzi się w trakcie procesu zdrowienia, pozwoli wyczuć taką samą miłość w innych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s